„Inaczej, niż zaplanowałam"

 

Wszystko, ale to wszystko poszło nie tak jak zaplanowałam. Zamiast naturalnego porodu w wybranym przeze mnie szpitalu, zostałam przewieziona do najbliższej placówki, gdzie niemalże rzutem na taśmę wykonano mi cesarskie cięcie. Zamiast słodkich chwil, skóra do skóry z maleństwem, po porodzie mogłam zobaczyć córeczkę przez dwie sekundy na sali porodowej. Zamiast wzajemnego poznawania się i cieszenia się swoją obecnością, został nam tylko kontakt przez szybkę inkubatora. Myślałam, że po urodzeniu maleństwa będę pragnęła poinformować o tym cały świat, a w rzeczywistości wrzuciłam telefon na dno torby i ignorowałam wszystkie telefony od rodziny i przyjaciół, nie chcąc się tłumaczyć czemu poród nastąpił w 28. tygodniu, czemu waży zaledwie 1100 g, i najgorsze ze wszystkich - jakie są szanse. Myślałam, że po ciąży zrzucenie zbędnych kilogramów sprawi mi wielką trudność, a nieprzespane ze stresu noce i dnie spędzane na korytarzu oddziału wcześniaczego sprawiły, że wszystkie ciuchy sprzed ciąży dosłownie ze mnie spadały. Wszystkie naszykowane książki i filmy na czas karmienia pokryły się warstwą kurzu, planowaną dbałość o siebie diabli wzięli i straszyłam ludzi kołtunem we włosach, niezakorektorowanymi cieniami pod oczami i worowatymi dresami. Płakałam z żalu, widząc matki z noworodkami przy piersi, wyłam oglądając rozkoszne dzieciaczki w reklamach pieluch, serce pękało mi z żalu, gdy widziałam puste łóżeczko naszykowane dla córeczki. Aż w końcu, po trzech miesiącach walki, nadszedł ten dzień, kiedy niebo eksplodowało kolorami i usłyszałam dźwięki pieśni anielskich - córka dostała wypis ze szpitala. Eksplozja szczęścia nie miała końca, a wszystko w powrocie do domu było zachwycające. I mimo że nic nie było tak jak zaplanowałam, wiem, że nie kochałabym córeczki tak mocno i nie zachłystywałabym się macierzyństwem, gdyby nie jej początkowa wyboista droga na świat.

M. K.